Kategorie
Planowanie

Moje doświadczenia z home office

Dlaczego home office?

W obecnej sytuacji home office stał się kluczem do tego czy firma, w której pracujesz przetrwa kryzys wywołany pandemią Covid-19, czy też nie. Sytuacja stała się o tyle złożona, że nie dotyczyła tylko mnie, ale wszystkich osób w firmie. Jak z dnia na dzień ułożyć sobie pracę zupełnie od nowa, zaplanować dzień, komunikować się z zespołem? Tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi. Jak ten proces wyglądał u mnie? Aby to zobrazować opiszę jedne dzień mojej pracy, oraz narzędzia, które tę (zdalną) pracę mi ułatwiają.

Początki pracy zdalnej

Zaczynamy zatem krótką opowieść o tym jak to było na początku z tą pracą z domu.

Pierwszy tydzień, miejsce pracy: salon, kuchnia, korytarz, parter, piętro. Trudno mi było znaleźć swoje miejsce. Pierwszą przeszkodą okazało się kiepskie wi-fi na piętrze. Zasięg łapałem tylko na korytarzu przy schodach, więc tam przez kilka dni było moje biuro. Oczywiście biurko się nie zmieściło, zatem praca w pozycji kwiatu lotosu była moją normalnością. Na szczęście jestem rozciągnięty :).

Musiałem jednak znaleźć swoje stałe miejsce, aby nie przeszkadzać domownikom. Salon odpada, bo tam jest szkoła i przedszkole, kuchnia też, bo w naszym domu to centrum dowodzenia i ruch w niej większy niż na ulicach miast po ogłoszeniu masowej izolacji. Wybór padł na pokój na piętrze. No ale co z tym internetem? Ja go przecież potrzebuję do pracy. Co prawda miałem skonfigurowany repeater wi-fi, ale co chwilę przerywał i jakość była kiepska. Na szczęście, robiąc remont 3 lata wstecz, w każdym z pokoi zamontowałem gniazdko internetowe. Przekonfigurowałem repeater łącząc go po kablu i teraz działa w trybie niezależnego routera. Sukces, jest internet, mogę pracować w cywilizowanych warunkach. Czemu nie zrobiłem tego wcześniej?

Technikalia mamy już za sobą, czas na rozplanowanie dnia pracy. Bardzo dziękuję mojej żonie, która dzielnie wzięła na siebie opiekę nad trójką dzieciaków w wieku szkolnym, przedszkolnym i niemowlęcym. Możecie sobie wyobrazić jaką tytaniczną pracę wykonuje. Dzięki jej zaangażowaniu ja mogłem skupić się na pracy. Oczywiście dzieciaki przychodziły do mnie, pytały co robię, jak długo jeszcze będę pracował, bawiły się w moim domowym biurze. Najstarszy syn skrupulatnie obliczał godziny i minuty do końca mojej pracy, bo zaraz po niej musieliśmy rozegrać mecz piłki nożnej lub zagrać w badmingtona.

Wracając do home office, to cała firma przeszła na ten model pracy, więc w zespole musieliśmy nauczyć się komunikować tylko online. I tego chyba się obawiałem najbardziej, bo wolę rozmowę i wyjaśnienie tematu twarzą w twarz niż przez telefon lub email. Ale udało się. Codzienne poranne spotkania w Microsoft Teams, szybkie podsumowanie prac z wczoraj, omówienie dzisiejszych i do roboty. Taki quazi scrum, ale się sprawdził. Umowne godziny od 8:00 do 16:00 niejednokrotnie przeciągały się do późnego popołudnia, ale z biegiem czasu starałem się kończyć pracę najpóźniej o 16:30. Chyba dopiero teraz, po trzech miesiącach, udało mi się wypracować nawyki i wyraźnie podzielić dzień.

To jaki jest ten plan dnia?

Już tłumaczę.

6:30 – dzwoni budzik, zamiast go wyłączyć i wstać, wciskam drzemkę. Muszę wreszcie pozbyć się tego złego nawyku.

7:00 – szybki trening (a raczej kilka ćwiczeń) na rozbudzenie. Pompki, przysiady, rozciąganie. Potem prysznic. Najpierw normalny, ciepły. Jednak mój dzień musi się rozpocząć od zimnego. Przekręcam więc kurek na maksymalnie zimną wodę i przez 2-3 minuty walczę ze swoim ciałem i umysłem, żeby stamtąd nie uciec. I to się udaje. Taki prysznic skutecznie budzi i pobudza organizm do działania. Daje mi ogromny zastrzyk energii na start. O walorach prozdrowotnych nie wspominając. To temat na oddzielny wpis. Jeszcze jedno, szklanka wody (około 300 ml) z odrobiną soli morskiej, imbirem, kurkumą (nie w proszku, ale korzeń) i sokiem z 1/4 cytryny oraz 2-3 listki mięty dla wzbogacenia walorów smakowych i zapachowych. Wypijam to na raz i uzupełniam szklankę wodą pozostawiając imbir, kurkumę i miętę. Zaraz po przebudzeniu powinno się porządnie nawodnić. W ciągu dnia też o tym nie zapominam.

7:30 – budzą się dzieciaki. Marzenie ściętej głowy. Bardzo często te starsze budzą się już o 6:00, zwłaszcza w weekend, wychodzą z łóżka mówiąc, tato wstawaj, czemu jeszcze śpisz? Najmłodsza ma jeszcze swój niemowlęcy rytm. Pobudka o 4:00 rano to normalka. Jeśli jednak wstaną dopiero o 7:30, to po porannym przepychaniu, krzyczeniu, graniu w piłkę, układaniu klocków, jeżdżeniu autami, myciu zębów, około 8:00 schodzą wraz z żoną na śniadanie.

8:00 – rozpoczynam pracę. Między 8:00 a 9:00 spotkanie z zespołem, na którym omawiamy bieżące tematy i ruszamy z działaniem. To pozwala nam poukładać pracę, nadać priorytety zadaniom, przegadać nowe projekty i przeanalizować postępy w już trwających. Początek dnia przeznaczam na załatwienie najtrudniejszych spraw, bo jeśli to się uda, to później jest już tylko z górki.

10:00 – czas na śniadanie i kawę. Z racji tego, że stosuję Intermittent Fasting w wersji 16/8 (o czym więcej możecie przeczytać w poście Intermittent Fasting – moja droga do -20 kg), to właśnie o 10:00 jem pierwszy posiłek (o 18:00 staram się kończyć ostatni). Moje śniadanie musi się składać w większości ze zdrowych tłuszczów. Awokado, jajka, szpinak, rukola, kiełki, pomidor, oliwa z oliwek, czasami boczek, to jest mój standard. Na śniadanie unikam węglowodanów. Po śniadaniu wspomniana już kawa mocy. Od kilku miesięcy jestem wielkim fanem Bulletproof coffee – czyli kawy z olejem kokosowym i masłem klarowanym. Oto szybki przepis: 250 ml dobrej jakości kawy, ja swoją parzę w aeropressie (o takim – Aeropress). Kupiłem go jadąc na wakacje w zeszłym roku i od tego czasu zakochałem się w kawie robionej w ten sposób. Ma intensywny smak, mocny, ale bez kwasowości charakterystycznej dla kawy z ekspresu. Ale do rzeczy, bo miał być szybki przepis.

  • 250 ml kawy,
  • 1 łyżeczka oleju kokosowego (lub MCT),
  • 1 łyżeczka masła klarowanego.

Wszystko razem miksuję przez około minutę. Składniki łączą się i powstaje pyszny napój w kolorze latte. Dodatek tłuszczów do kawy powoduje wolniejsze uwalnianie kofeiny, przez co pożądany pobudzający efekt trwa znacznie dłużej. Nie wyobrażam sobie dnia bez tego napoju.

10:20 – powrót z kubkiem kawy do pracy. Praca w domu ma swoją specyfikę, zwłaszcza z trójką dzieci. Czasami trzeba odpowiedzieć na jakieś nurtujące pytanie z dziedziny matematyki na poziomie klasy 1 szkoły podstawowej, innym razem pomóc w doborze kolorów w jakich trzeba pomalować skrzydła motyla. Wreszcie też porobić głupie miny, żeby na twarzy maluszka pojawił się uśmiech. Po odpowiedzi na wszystkie nurtujące pytania dzieci, kolejne godziny poświęcam na pracę koncepcyjną, kreatywną. To jest najlepszy moment, najbardziej produktywny czas na analizę problemów i wymyślanie koncepcji.

14:00 – przerwa na obiad i czas z rodziną jeszcze przed końcem pracy. To duży plus home office, posiłek z bliskimi, a nie przy korporacyjnym biurku. Po obiedzie, ostatnie godziny spędzam na pracy odtwórczej, nie wymagającej dużego skupienia i myślenia.

16:30 – 17:00 – koniec pracy. Robię podsumowanie dnia. Spisuję co udało się zrobić, czego nie i planuję zadania na następny dzień.

Od 17:00 – do końca dnia – to już czas dla rodziny i domowych obowiązków. Nie ukrywam, że kiedy dzieci już śpią, a ja muszę zamknąć jakieś zadanie, to wieczorem siadam do komputera.

Narzędzia wspomagające pracę zdalną

Email (Outlook) – nieśmiertelne narzędzie komunikacji. Ale jeśli w tej komunikacji uczestniczą więcej niż 2 osoby, to zaczyna robić się chaos, zwłaszcza jeśli są to różne tematy dotyczące jednego projektu, w który zaangażowanych jest kilka(naście) osób. Moim osobistym zadaniem email powinien służyć tylko do przekazywania informacji, a nie zarządzania projektem. Jeśli w jednym wątku jest już kilkanaście odpowiedzi, pytań, podsumowań, planowania działań, przekazanych załączników, a do tego czasami jesteś w “DO” a czasami w “DW”, to nie wróży nic dobrego. Można nad tym choć trochę zapanować, stosując na przykład oznaczanie osoby w treści maila, do której kierowane jest pytanie lub zadanie.

Microsoft Teams (desktop lub w przeglądarce) to nasze główne narzędzie komunikacji w firmie. I powiem szczerze, byłem sceptyczny, widząc jak Microsoft zepsuł skype’a. Pozytywnie się jednak rozczarowałem.

A co między innymi znajdziemy wewnątrz?

  • aktywność – jeśli ktoś Cię oznaczy w komentarzu, to właśnie tutaj to zobaczysz,
  • czat – po prostu wybierasz osobę, lub grupę osób (można nadać jej nazwę) i piszesz. Stąd możesz się również połączyć jednym przyciskiem z wybraną osobą lub całą grupą na raz,
  • kalendarz spotkań (zintegrowany z Outlookiem),
  • zespoły – w jednym miejscu można się skontaktować ze wszystkimi członkami zespołu.

Outlook i Teams (jak chyba wszystkie aplikacje Microsoft) są ze sobą zintegrowane. Dodając spotkanie do kalendarza w Outlooku automatycznie pojawia się w kalendarzu w Teamsach, skąd jednym przyciskiem wszyscy zaproszeni mogą dołączyć do spotkania video. Jakość połączeń jest na wysokim poziomie. Bardzo fajną opcją (nie ma jej w wersji przeglądarkowej), jeśli już musisz włączyć kamerę, jest rozmycie tła. Nie wszyscy muszę widzieć Twoje prywatne wnętrza.

Do zarządzania projektami używamy już od kilkunastu miesięcy ClickUp’a. Moim zdaniem jedno z lepszych tego typu narzędzi i zdecydowanie zasługuje na dedykowany wpis.

Jest jeszcze telefon. Zadziwiająco mało korzystamy z tej formy komunikacji. Chyba 95% przejął Microsoft Teams, pewnie dlatego, że podczas rozmowy można udostępnić ekran i po prostu coś pokazać, a nie tylko opowiadać jak zrobić.

Nie wszystko jednak udało się przenieść z offline do online

W mojej codziennej pracy etatowej wystarcza mi tylko komputer i internet, więc nie robi mi wielkiej różnicy czy pracuję z biura czy z domu. Jednak sama praca przy komputerze to nie wszystko, są jeszcze ludzie. Kumple z zespołu i rodzina. W zależności od tego gdzie jestem, to z nimi spędzam najwięcej czasu w ciągu dnia. Mimo, iż kiedy pracuję, nie chcę, żeby mi przeszkadzano, to jednak lubię zrobić sobie przerwę i po prostu pogadać, nawet jeśli jest to rozmowa o pracy. Nie jestem typem samotnika (kiedyś byłem). Lubię otaczać się ludźmi mądrzejszymi od siebie, bo mogę się od nich uczyć. Sam też bardzo lubię przekazywać swoją wiedzę. Mam chyba taką wewnętrzną ukrytą misję, żeby uczyć tego co sam potrafię.

Jednak nie wszystkie moje aktywności udało się przenieść na home office. Oprócz tego, że pracuję na etacie, jestem również trenerem tańca. Z dnia na dzień zajęcia i treningi w normalnej formie przestały funkcjonować. Branża próbowała przenieść się do online, również i ja miałem taki zamiar, ale…

Po pierwsze praca etatowa wymagała ode mnie znacznie większego zaangażowania, ponieważ trzeba było zakasać rękawy i działać jeszcze więcej niż dotychczas. Mimo braku dojazdów do i z pracy, byłem bardziej zmęczony niż w “normalnych” czasach. Po pracy chciałem jak najwięcej czasu poświęcić dzieciakom, które też cały swój czas spędzały w domu. Bardzo często zdarzało się, że zasypiałem razem z nimi kładąc je spać o 20:00. Odpuściłem więc próby uruchomienia lekcji online.

Tęskniłem za treningami na sali, za spotkaniami z ludźmi. Ta aktywność dawała mi ogromny zastrzyk energii. I mimo, że po 8-9 godzinach pracy przy komputerze miałem jeszcze 2-3 godziny treningów i wracałem do domu po 22:00, gdzie między jedną pracą a drugą był jeszcze intensywny czas z dziećmi, to poziom mojej energii i chęci do pracy był dużo większy niż teraz. W moim przypadku im więcej miałem do zrobienia, tym więcej robiłem i nawet znalazłem odrobinę czasu wolnego. Pamiętam jeszcze z czasów liceum, a przede wszystkim klasy maturalnej, kiedy to nie opuściłem żadnego treningu, jeździłem na turnieje tańca, miałem czas dla kumpli, potrafiłem się przygotować do egzaminów i zdać je bardzo dobrze. Teraz czas płynie jakoś inaczej.

Aktywność fizyczna musi być moją codziennością. Po prostu tego chcę i potrzebuję. Taniec to jest jedna z form mojej ekspresji i aktywności. Przekazywanie swojej wiedzy w tej dziedzinie to jest to co kocham, ale niestety właśnie tego na home office nie udało mi się ogarnąć. Wielka szkoda. Jestem jednak dobrej myśli, że to szybko wróci.

EDIT – Powoli wraca i jest super. Mimo zmęczenia po pracy przy komputerze, godzinny trening daje mi dużego kopa do działania.

Trzymajcie się na waszym home office. Dobry plan to podstawa. Pamiętajcie też, aby każdego dnia wyjść z home office i wrócić do domu.

Pozdrawiam, Przemek

Kategorie
Biohacking

Intermittent Fasting – moja droga do -20 kg

Czym jest Intermittent Fasting (IF)?

Intermittent Fasting (IF) dla mnie to styl życia, sposób na zachowanie zdrowia i klucz do spadku wagi ciała oraz jej utrzymania na odpowiednim poziomie. W wielkim skrócie IF (przerywany post), to rodzaj diety, sposób odżywiania, a w moim odczuciu najbardziej odpowiednią definicją jest wzorzec odżywiania polegający na okresach (w ciągu doby, tygodnia, miesiąca – w zależności od rodzaju IF) kiedy jemy i kiedy pościmy.

Rodzaje IF

Tych, o których słyszałem i czytałem są 3.

  • Metoda 16/8. Zachowanie postu przez 16 godzin, jedzenie w 8-godzinnym oknie.
  • Metoda Jedz-Pość-Jedz. Zachowanie 24-godzinnego postu przez 1 lub 2 dni w tygodniu.
  • Metoda 5:2. 5 dni w tygodniu jemy normalnie, a w 2 sumaryczna kaloryczność posiłków jest w przedziale 500-600 kcal.

Są to podstawowe rodzaje, natomiast wariantów jest znacznie więcej. Metody mogą się wzajemnie przeplatać. Moim zdaniem należy znaleźć najodpowiedniejszą dla siebie i ja taką znalazłem. A jest to…

Metoda 16/8

Od początku uznałem, że najlepszy efekt osiągnę stosując IF codziennie. A skoro tak, to właśnie metoda 16/8 będzie do tego najodpowiedniejsza. Przyznam szczerze, że chciałem zbyt szybko wydłużyć okno postu do min. 18 godzin (6 godzin okna żywieniowego), ale to się nie udało. Pierwszy posiłek jadłem dopiero o 12:00, ale w przyszły takie dni, kiedy myślałem tylko o tym kiedy wreszcie coś zjem, nie mogąc skupić się na pracy. Po tym doświadczeniu, rozpocząłem z sukcesem swoją drogę z metodą 16/8.

Już prawie 17 miesięcy (od końca listopada 2018) stosuję ten model żywienia i jest mi z nim bardzo dobrze. Mój organizm i moja psychika są już mocno wkręcone, widzę rezultaty na sobie. Czekam na jedzenie jak na nagrodę, a dzięki temu zwracam ogromną uwagę na to co wkładam do ust. Zdecydowanie mocniej odczuwam smak. Nie odczuwam głodu zaraz po przebudzeniu, nie muszę jeść śniadania, a wręcz nie chcę go jeść. Trzymam się metody 16/8, ale są też dni, kiedy okno postu wydłużam, bo po prostu nie jestem głodny.

Plusy i minusy Intermittent Fasting (w wersji 16/8)

Oczywistym plusem jest spadek masy ciała oraz zdrowotne korzyści poszczenia… Minusy wynikają raczej z psychologicznego/mentalnego podejścia do jedzenia. W naszej kulturze jedzenie zajmuje bardzo wysokie miejsce. Biesiadowanie podczas uroczystości rodzinnych, ze znajomymi, jest głównym punktem każdego spotkania. I to właśnie ten minus. W moim protokole IF 16/8 pierwszy posiłek jem o 10:00, a ostatni kończę o 18:00. Spotkania u rodziny, znajomych rozpoczynają się i trwają w oknie postu. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie aby przemodelować 1-2 dni i np., rozpocząć okno żywieniowe następnego dnia później, tak aby zachować 16 godzinny post. Nie traktowałem nigdy tego w kategorii problemu, a raczej wyzwania. Kluczowymi elementami w utrzymaniu schematu są dyscyplina i wypracowanie nawyków. Zgadzam się, że ciężko jest utrzymać powyższe w przypadku, kiedy członkowie rodziny odżywiają się “normalnie”. Ale znowu, jeśli wyrobimy w sobie nawyk, zaplanujemy posiłki swoje i domowników, wszystko da się zrobić.

Korzyści ze stosowania IF jakie zaobserwowałem na sobie, to:

  • spadek masy ciała (-20 kg od grudnia 2018 do dziś),
  • utrzymanie masy ciała przez już prawie rok (od czerwca 2019),
  • wystarczają mi 3 posiłki w ciągu dnia, a w niektóre dni 2,
  • nie podjadam nieświadomie między posiłkami, bo po prostu nie czuję głodu. Świadome przekąski się zdarzają, jeśli mam ochotę na kawę z domowym ciastem lub przygotowuję posiłek i sprawdzam smak,
  • nie czuję potrzeby sięgania po słodycze lub słone przekąski,
  • rano  budzę się bez bólu brzucha. Zdarzało się wcześniej, że ostatni posiłek jadłem o 22:00 lub nawet 23:00. Po czymś takim poranki były ciężkie,
  • celebruję pierwszy posiłek w ciągu dnia. Jest to swoisty rytuał. Najpierw śniadanie (wkrótce przykładowe menu), chwilę później kawa, a raczej ceremonia przygotowania kawy  [link do wpisu] (jeśli jestem w domu oczywiście, w pracy z racji ograniczonego czasu na przerwę ten proces jest znacznie skrócony,
  • ogólnie się nie przejadam. Z tym miałem duży problem. Z perspektywy czasu, porcje jedzenia były zbyt duże,
  • świadome odżywianie, uważność w jedzeniu – foodfullness (nie wiem czy takie słowo istnieje),
  • świadome zakupy spożywcze,
  • mniejsza ilość posiłków, która zapewne przekłada się na mniejszą ilość spożytych kalorii, a w konsekwencji utratę wagi.

Co dalej?

Nie jestem dietetykiem, ale wiem co sprawdziło się u mnie. Intermittent Fasting dał mi namacalne dowody, że działa. Im więcej na ten temat czytam (teraz głównie badania naukowe), tym bardziej się przekonuję, że to był dobry wybór. Daleki jestem od dawania rad w kwestii odżywiania, po prostu dzielę się swoją drogą. Jeśli jednak znajdziesz tu inspiracje do własnych poszukiwań, będzie mi bardzo miło. Pamiętaj tylko o jednym, nie ma na co czekać, samo się nie zrobi, więc do działaj i zacznij Właśnie teraz!

Pozdrawiam, Przemek

Kategorie
Biohacking

Biohacking testowany na sobie – początek

Czym jest biohacking?

Ponieważ wpis jest o biohackingu testowanym na sobie, zatem poniżej moja definicja, która brzmi następująco:

Biohacking to zbiór technik, zasad, których zadaniem jest poprawa stanu ducha (psyche) i stanu ciała (fizis).

Każda z technik, zasad, nawyków zasługuje na oddzielny wpis, zatem cierpliwości, na pewno pojawią się na blogu. Po krótce wspomnę tylko o Intermittent Fasting, Keto, treningu uważności, medytacji, terapii zimnem, suplementacji, sporcie, technologii w służbie biohackera. A to zaledwie wycinek całości.

Jak to wszystko się zaczęło?

Od czego to wszystko zaczęło się u mnie? Był rok 2012, jednocześnie najlepszy i najgorszy okres mojego życia. Najlepszy, bo urodził się mój pierwszy syn, najgorszy, bo moje nawyki żywieniowe, styl życia łagodnie mówiąc, wołały o pomstę do nieba. Ogromne ilości energetyków, przekąsek (chipsy to moje przekleństwo), brak snu (3-4 godziny na dobę), doprowadziły do najgorszej wagi w moim życiu, 104 kg przy 186 cm wzrostu. I niestety to nie była masa mięśniowa. Coraz gorsze samopoczucie, notoryczne zmęczenie i problemy zdrowotne zmusiły mnie wreszcie do pójścia do lekarza. Diagnoza, nadwaga i otłuszczona wątroba.

Trochę się tego przestraszyłem i postanowiłem, że coś z tym zrobię. Lekkostrawna dieta, odstawienie wspomnianych już energetyków i przekąsek, no i oczywiście alkoholu mimo, że piłem go okazjonalnie do grilla, bądź na imprezach rodzinnych, to jednak prawie 2 lata nie wypiłem nawet piwa. Jedyne czego nie udało mi się poprawić i to do dziś, to sen. Jestem nocnym markiem, zawsze byłem i nie stanowiło to żadnego problemu, bo z reguły mimo późnego pójścia spać budziłem się między 7 a 8. Podświadomie uważałem, że sen to strata czasu. Dziś moje myślenie w tym temacie zmieniło się o 180 stopni, ale ciężko się wyzbyć starych nawyków. Wiek jednak robi swoje i mój organizm domaga się minimum 5 godzin snu. Z perspektywy czasu to były początki mojej (nieświadomej) przygody z biohackingiem. Po roku od zmiany stylu życia ponowne badania, niestety wyniki nie poprawiły się. Wiedziałem jednak, że wątroba na regenerację potrzebuje więcej czasu, więc czekałem. Badania powtórzone po dwóch latach od pierwszej wizyty u lekarza i… jest progres, wyniki badań w normie. Moja waga spadła do około 98 kg, więc bez rewelacji. Trochę mniej zacząłem zwracać uwagę na to co jem. Dobiłem do wagi około 100 kg, która utrzymywała się przez kolejne 4 lata.

Doszedłem jednak do wniosku, że muszę coś zrobić ze swoim życiem, a już na pewno ze zdrowiem. To był rok 2018, śledziłem wówczas mocno blogo i vlogosferę, a w szczególności vlog MiroBurn W jednym z odcinków Mirek wspomniał o książce “Kod otyłości”, której autorem jest dr Jason Fung. Bez zastanowienia kupiłem ją. Autor wystawia tezę, iż

“Przybieranie na wadze i otyłość zawsze są wywoływane prze hormony. Jedynie poprzez zrozumienie działania insuliny oraz oporności insulinowej możesz osiągnąć stały spadek masy ciała.”

~dr Jason Fung “Kod otyłości”

To co jednak najbardziej zapadło mi w pamięć, to to, że:

“Głównym aspektem odróżniającym post od innych diet jest jego tymczasowość. Diety ponoszą porażkę ze względu na swoją stałość. Homeostaza definiuje życie na ziemi. Każdy stały stymulant finalnie doprowadzi do adaptacji, która opiera się zmianom. Stała ekspozycja na zmniejszoną ilość kalorii skutkuje adaptacją (opornością); ostatecznie organizm reaguje zmniejszeniem wydatkowania energii, co prowadzi do zatrzymania się spadku masy ciała i jej ewentualnym wzrostem.”

~dr Jason Fung “Kod otyłości”

Testowane na mnie.

Hmm… post tymczasowy, post przerywany – Intermittent Fasting! Myślę sobie, czemu nie. Zaczynam zatem research, trafiłem na kanały na youtube Dr. Eric Berg DC oraz Thomas DeLauer Wiele godzin filmów o Intermittent Fasting, jego odmianach, zaletach, wadach. Oglądałem to jak dobry serial i podświadomie wiedziałem, że to coś dla mnie. Wierzyłem też w to o czym mówią i w skuteczność tego sposobu odżywiania. Tak, mówię sposobu odżywiania bo według mnie to nie jest dieta, to framework, w który możesz wpisać każdą dietę, jednak w połączeniu z Keto daje najlepsze rezultaty. A co to jest Keto? Wymienieni wyżej panowie wspominają o tej diecie i sami ją stosują. I znowu mówię sobie, wierzę w to. W ogromnym skrócie (to również temat na oddzielny wpis), to dieta, w której eliminujemy prawie całkowicie węglowodany, stanowią one tylko około 4-5% wszystkich składników, około 40g na dobę. W zamian za węglowodany do diety wprowadzamy zdrowe tłuszcze, około 75%, reszta to białko. Nie przeszedłem całkowicie na Keto, ale było to “prawie Keto”. Wyrzuciłem ze swojej diety słodycze, kolorowe napoje, przekąski, chleb, ziemniaki, ryż, makarony i kasze. Najbardziej brakowało mi ziemniaków i chleba, ale z biegiem czasu tęsknota była coraz mniejsza. Z Intermittent Fasting i “prawie Keto” wystartowałem pod koniec listopada 2018 roku. Na pierwsze efekty czekałem raptem 2 miesiące. Pod koniec roku ważyłem 96 kg, czyli o 4 mniej. W marcu 2019 było to już 92 kg, a w czerwcu 86. Wakacje rozpocząłem z wagą 84 ok. Wokół tej wagi oscyluję do dziś.

Ponieważ efekty widziałem na sobie zacząłem coraz więcej czytać, słuchać i oglądać na temat biohackingu. Rozmowa z przyjacielem (dzięki Artur za polecenie Dave’a Asprey’a i różnych technik biohackerskich) utwierdziła mnie w przekonaniu, że idę w dobrą stronę. Bulletproof Coffee, zimne prysznice stały się moją codziennością i nie wyobrażam sobie, że z tego zrezygnuję. Przez kilka miesięcy stosowałem również suplementy (m.in. te – Mind Balance od Brainsociety, o tym w kolejnych postach), ale przerwałem. Nie dlatego, że nie działały, bo wydaje mi się, że były efekty, ale dlatego, że na początek muszę poprawić jakość snu, aby wyzwolić pełną moc suplementów.

Podsumowanie mojego biohackingu

  • IF – Intermittent Fasting 16:8
  • “prawie Keto”
  • Zimne prysznice
  • Bulletproof coffee (olej kokosowy, MCT, ale bez klarowanego masła – jest w przepisie)
  • Suplementy

Dlaczego biohacking jest nadal częścią mojego życia?

Co dalej? Na pewno zostaję przy Intermittent Fasting (16:8). Ten sposób odżywiania u mnie działa. To jest już nawyk. Nie liczę kalorii, nie stosuję żadnej diety (nie jest to nawet “prawie keto”, bo teraz jem więcej węglowodanów), a jednocześnie trzymam wagę na stałym poziomie od 8 miesięcy. Kolejnym etapem jest poprawa jakości snu, trening uważności, medytacja i przejście na full Keto. Opiszę wszystko to co przetestuję na sobie, niezależnie czy w moim przypadku zadziała czy nie. Zatem do dzieła, zaczynam Właśnie teraz!